sobota, 9 kwietnia 2016

Informacja

9 kwietnia, 2016 roku
 Drodzy czytelnicy!
 Nie chcę być niemiła, bo zazwyczaj jestem w internecie najmilszą osobą, jaką można spotkać, ale czy Wy, moi drodzy czytelnicy, nie potraficie czytać notek pod rozdziałami?
Po pierwsze - pisałam pod poprzednim, że na tego bloga nie mam weny, a jeśli zdecyduję się kontynuować, to przerwy będą ogromne.
Po drugie - odeszłam z Bloggera. Jakby ktoś sprawdził mój profil, sądzę, że bez większych kłopotów znalazłby ,,Drugą Córkę Jacka Frosta" i dowiedział się, że przeniosłam się na Wattpada. I NIE piszę tam o Bars and Melody i raczej nie zacznę. Pisałam to głównie dla przyjaciółki. I tyle.
Wasze komentarze, za które mimo wszystko i tak dziękuję, wywierały na mnie ogromną presję, a teraz kompletnie nie mam ochoty prowadzić tego fanfiction dalej. Nie mam pomysłów i po prostu nie chcę go pisać. Wiem, że jest dla kogo, dwadzieścia osiem komatrzy same się nie napisały, ale ja ,,My Polish Queen" po prostu nie czuję.
Mam nauczkę, by nie zaczynać czegoś, kiedy mam w głowie dosłownie jedną scenę.
OGROMNIE PRZEPRASZAM każdą osobę, która czekała na kolejny rozdział, ale ja już go nie napiszę. Nie potrafię i nie chcę.
 Jeśli ktoś jest zainteresowany moją wattpadową twórczością, a nie chce mu się szukać, zapraszam do pisania na mój e-mail: aquila.lumina@gmail.com
Tam także możecie składać wszelkie zażalenia i pytania. Oraz w sumie wszystko.

Oficjalnie ZAMYKAM bloga i proszę o nieczekanie na mój powrót, bo on nie nastanie.

Żegnam Was i jeszcze raz przepraszam,
Lumina Kitty Caroly Monroe Aquila


niedziela, 3 stycznia 2016

Rozdział 3 ,,Zabiję ją"

*Patrycja*
    Elo! - zawołał jakiś głos.
 - Matko święta - mruknęłam do poduszki i postanowiłam zakryć nią głowę. Idź sobie, pomyślałam.
 - Nie matkuj mi tu - zaśmiała się Ewela, wpychając się na aktualnie m o j e  łóżko. - I święta na bank nie jestem - zachichotała.
       Przewróciłam oczami, czego rzecz jasna, nie mogła zobaczyć. To taka irytująca istota! Coś jak starsza siostra urodzona u nie tej mamy. Tak dla przypomnienia, nasze mamy są siostrami. Przy czym na moje cudowne szczęście jest starsza ode mnie o ponad dwa lata. Ja dziesiąty września zero jeden, ona dwudziesty trzeci maja dziewięć dziewięć*. W zasadzie, dziwię się, że już znalazła chłopaka na poważnie. Mnie się to uda może za pół wieku... Wciąż jednak nie potrafię zrozumieć, jakim cudem jest z facetem, którego hymn to Hollywood Undead - Everywhere I Go. Piosenka gorsza od ,,Anacondy" Nicki Minaj... Rytm co prawda fajny, ale tekst... aj... brak słów...
     Ale odeszłam od tematu. Trzepano mną we wszystkie strony niemal jak jakimś shake'm.
 - Wstawaj! Masz godzinkę do wyjścia na plażę z naszymi nowymi znajomymi! - krzyknęła z przesadnym entuzjazmem.
 - Wal się - odwróciłam się na drugi bok. Usłyszałam westchnienie. - Nie idę.
       Chwila podejrzanej ciszy. Uchyliłam oko a tam stała moja kochana i jakże najcudowniejsza kuzyneczka ze swoim psychopatycznym uśmieszkiem. Więcej nie zdążyłam zobaczyć, bo zimna ciecz spłynęła mi po twarzy.
 - Wygrałaś - rzuciłam, podnosząc się.
       Ewelina w podskokach ruszyła do odrzwi i zniknęła za nimi.
 - Zabije ją - powiedziałam, patrząc na zegarek.
      Świetna ,,godzinka". Siódma rano, kiedy spotkanie jest d o p i e r o  wpół do jedenastej!

*Ewelina*
     Z szerokim uśmiechem przygotowywałam kanapki z nutellą. Usłyszałam kroki i bez patrzenia wiedziałam, że moja krewniaczka o blond włosach raczyła zwlec się z wyrka.
 - Nadejdzie taki dzień, kiedy zginiesz marnie - powiedziała ze śmiertelna powagą, idąc w moim kierunku w stylu zombie.
 - Wiesz, jest kolejka, także poczekasz. Po za tym, mam zajęty grafik na najbliższe piętnaście lat, tak że wiesz - odpowiedziałam, naśladując jej ton.
 - Rodzina ma pierwszeństwo - odburknęła ignorując moje ostatnie słowa i ukradła mi talerz z przed nosa. Już szła do siebie, kiedy gwałtownie zawróciła - Do cholery, Ewelina, są wakacje! W A K A C J E!
 - A ty w te W A K A C J E moze spotkałaś faceta swoich M A R Z E Ń! - potrząsnęłam nią i odzyskałam swój talerz.
 - Jeśli mówisz o Leondre, to raczej poza schemat przyjaźni to nie wyjdzie - przewróciła oczami.
 - Takh miślysch? - powiedziałam z pełną buzią, po czym przełknęłam kęs. - Może tak, może nie. Czemu by nie spróbować? Wiesz, ze mną i z Natem też zaczęło się od przyjaźni.
 - Nie uważasz, że mieszkamy zbyt daleko od siebie?  - uniosła brwi.
 - Pati, Pati, Pati - pokręciłam głową. - Co tam kilometry, miłość się liczy! - zaśmiałam się i odbiłam lecącą we mnie poduszkę z salonu.
       Zwłaszcza, że t w ó j facet śpiewa, dodała moja podświadomość, ale nie powiedziałam tego Patce.

*Patrycja*
     Kiedy skończyłam podkradać Eweli kanapki z talerza, włączyłyśmy sobie szóstą część Harry'ego Pottera. Zatraciłam się w filmie. Coś do mnie jednak dotarło. W domu było zbyt cicho.
 - A gdzie twoja rodzinka? - zapytałam, obserwując pijaną Hermionę.
 - Hmmm... A wiesz, że nie wiem? - rzekła.
      Wzięła swój telefon, na którego tapecie widniała myszka Miki z środkowymi palcami zasłaniającymi oczy i wybrała numer swojej mamy.
 - No hej, gdzie jesteście? - zapytała komórki. - Ale czemu nie wzięliście nas? ... Mamo... Wiem... Tak... Będę na plaży... - dłuższa cisza, westchnienie. - Z Leo i Charlim... Nie martw się o to. Buziaki, paa.
   Rozłączyła się i przewróciła oczami.
 - Są w Aquaparku, a właściwie dojeżdżają  - powiedziała z lekkim skrzywieniem. - Dwie godziny jazdy.

       Nadszedł czas na przyszykowanie się do wyjścia. Ewela założyła krótkie jeansowe spodenki i pomarańczowy top, a ja z kolei jasne spodenki, też jeansowe i fioletową mgiełkę bez rękawów. Problem w tym, że nie ugadaliśmy się na miejsce spotkania. Postanowiłyśmy zatem pójść tam, gdzie spotkałam Leo po raz pierwszy - koło budki z lodami na zachodniej plaży. W zasadzie oni chyba pomyśleli o tym samym miejscu, po na horyzoncie zamigotały dwie dobrze nam znane sylwetki. Od razu się uśmiechnęłam. Miałam ochotę tam podbiec, ale stwierdziłam, że to będzie głupio wyglądać.
       Kiedy byłyśmy już wystarczająco blisko, zawołałyśmy ,,Cześć".

*2001 i 1999
~~~~~~~~~
Wstawiam wam to, bo.., w zasadzie - nie wiem, czemu. Ten blog coś nie rusza i szybko nie zaczne, a jeśli nawet, to przerwy będą właśnie takie - kilkumiesięczne.
Przepraszam bardzo tych wszystkich za to, że czekaliście. Nie wiem, czy ktoś w ogóle jeszcze tu jest. Nie rozumiem tego, że blog na który kompletnie nie mam weny ma wiąkszą popularność od tych skończonych.
No, nie ważne...
Lusia
*Przeczytałeś/aś - zostaw komentarz*

czwartek, 30 lipca 2015

Rozdział 2 ,,Do zobaczenia jutro!"

*Ewelina*
    Wieczór. Cichy, spokojny. Gdzieś tam słychać skrzeczące mewy, ale przez trzy lata zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Słońce było nisko i za godzinę, może półtora całkiem zniknie z horyzontu. Siedząc tak sobie na werandzie stwierdziłam, że to w zasadzie bardzo ładne miasto.
     Po wywiadzie, w którym dowiedziałam się, że Pati i Leo spotkali się na plaży i podczas którego ja i Charlie opisywaliśmy nasze spotkanie, opuściliśmy galerię. Kiedy ona poleciała obejrzeć biżuterię na straganie przy drodze, ja odciągnęłam chłopaków do tyłu.
 - Ona nie wie o Bars And Melody - szepnęłam.
 - Zaskoczyłaś mnie - stwierdził Leondre. - Myślałem, że ty też...
 - No... przyznam, że trochę trwało, nim to do mnie dotarło, ale dotarło - powiedziałam wesoło.
 - Brawo. Nie zachowujesz się jak przeciętna fanka, więc można by pomyśleć, że w ogóle nie wiesz, kim jesteśmy - Charlie uśmiechnął się do mnie.
 - Tiaa... Patrycja jednak nie wie i na razie niech tak zostanie, okay?
 - Oczywiście - odpowiedzieli obaj.

   Obiecali zadzwonić, żeby spotkać się na plaży, ale nie wiedziałam, czy zgodzę się pójść. W końcu mam chłopaka, a on z kolei na obsesję na punkcie innych chłopaków. Tak, pokłóciłam się z nim, ale nadal jesteśmy ze sobą. Jednak...
    Ozwał się dźwięk obwieszczający nową wiadomość.
Leo: Spisz? :P
Ja: Em... Jest dopiero dziewiąta? ;)
Leo: Tak pytam, bo Charlie zasnął...
Ja: Serio? XD Zarwał noc czy jak?
Leo: Nagrania go wykończyły. I co z tym wyjściem na plażę? Będziecie?
Ja: Patka na pewno.
Leo: A ty?
Ja: Nie wiem... Nathan się raczej wkurzy.
Leo: I będziesz się tym przejmować? Poszedł bez ciebie na imprezę i wrócił dopiero rano. Masz prawo się odegrać.
Ja: W sumie racja.
Leo: To jak???
Ja: Będę :)
Leo: Super! To może o dziesiątej?
Ja: Ja dopiero wtedy wstaję!
Leo: Kolejny śpioch...
Ja: Oj tam, oj tam. Wstanę, OK, niech więc będzie dziesiąta... trzydzieści? :P
Leo: Ostatni raz się zgadzam o pół godziny później!
Ja: Haha, super! Do zobaczenia jutro!
Leo: Dobranoc, księżniczko! :*

    Po chwili zastanowienia odpisałam:
"Dobranoc :*". Najwyżej zginę z rąk Nathana, ale przecież to nie zbrodnia wysłać komuś buziaka. Z dziewczynami często tak robimy, skracając tzw. " Buziaki i Pozdrowienia".

 *Przeczytałaś/eś - zostaw komentarz*
~~~~~~~~
Hej, przepraszam, że taki krótki i tyle czekałyście, ale naprawdę, nie mam weny do tego bloga. Po prostu myślałam, ze przyjdzie ,,w praniu" ale niestety, nic mi nie przychodzi do głowy. Jakieś sugestie może? No i dziękuję za tak liczne komentarze. Tylko ja naprawdę, nie wiem, co pisać. Miałby ochote ktoś się zgłosić do pomocy?
 

czwartek, 21 maja 2015

Rozdział 1 "Spotkanie"

*Ewelina*
     Wstałam niemożliwe wcześnie, a bynajmniej wcześnie w mojej wakacyjnej rachubie czasu  i po cichu zeszłam na dół dwupoziomowego mieszkania. Na dole, jeszcze na schodach zuważyłam kuzynkę. Oglądała jakiś serial, ale w chwili, w której usiadłam, by do niej dołączyć, zaczęły się reklamy.
 - Hej - wysapałam przecierając oczy.
 - Dzień dobry, ranny ptaszku - zaśmiała się blondynka.
 - Śmiej się - parsknęłam żartobliwie. - Która godzina? - zapytałam, zdając sobie sprawę, że rodziców nie ma. Magdy, mojej młodszej siostry też. Zapewne mama rano zawiozła ją do koleżanki.
 - Dziesiąta - odpowiedziała, zmieniając kanał.
     Szepnęła do siebie, że prawie wszystko po angielsku i dała mi pilota. Do mnie dopiero wtedy dotarło, która godzina, więc oburzonym tonem rzuciłam:
 - Mogłam jeszcze spać!
 - Jasne, tak do pierwszej, co? - zapytała ze śmiechem.
 - Na przykład...
    Po stwierdzeniu, że nie ma nic ciekawego, poszłyśmy zrobić sobie śniadanie. Zgodnie wybrałyśmy jajecznicę. Stwierdziłam, że wspólne gotowanie jest naprawdę fajne. Patka włączyła radio i wtedy właśnie, po usłyszeniu ją z torebki osenki mnie olśniło.
 - Wiedziałam! - zawołałam, sprawiając, że blondynka aż podskoczyła.
 - Co wiedziałaś? - spiorunowała mnie wzrokiem.
    No jasne! Stąd go znam! O rany! Zapewne znaczna część Angielek i nie tylko marzy, by zobaczyć ich chociaż na koncercie, a ja od tak po prostu sobie z nim gadałam! W dodatku jeszcze przyprowadził mi psa! A ja się posądzałam o wiecznego pecha!
   Spostrzegłam, że część jajecznicy wypadła z patelni na blat.
 - Możesz mi nie wierzyć, ale spotkałam tego, co śpiewa - powiedziałam, sprzątając.
 - Wierzę na słowo... - mruknęła pod nosem.
   Była widocznie zbyt zajęta dzieleniem pozostałości dania na pół, by mnie słuchać. Przywykłam. Mówią, że za dużo mówię.
 - Jadę do centrum, bo Nathan ma urodziny... - przypomniałam.
 - I? - gdybym czegoś od niej nie chciała, to bym nie urywała zdania, a ona doskonale o tym wiedziała.
 - Pojedziesz ze mną? - zapytałam.
 - Yhym! - mruknęła entuzjastycznie z jajecznicą w ustach, a po przełknięciu dodała: - Jasne, że tak.


*Patrycja*
     Za piętnaście minut miałyśmy autobus do centrum, więc wolnym krokiem zmierzałyśmy ku przystankowi. Szczerze, to w ogóle nie wiem, o czym mówiła Ewela po "wiedziałam!". Dostałam mniej śniadania, niż powinnam i liczę, że w centrum coś sobie kupię.
     Obserwowałam wszystko dookoła, obiecując sobie, że tu jeszcze wrócę. Ewelina kłóciła się z kimś przez telefon, zgaduję, że z Natem.
     Moja komórka wydała dzwięk przychodzącego SMS-a, więc wygrzebałam ją z torebki i odczytałam treść wiadomości. Natychmiast też odpisałam.

Paulina: Hej, jak wakacje? :)
Ja: Suuuper! Uwielbiam to miejsce! A twoje?
Paulina: Też super. Ale wiesz co???
Ja: Raczej nie wiem :P
Paulina: Będę na cztery dni w Dover! Od 17 lipca!
Ja: Jak?! Nie żartuj! :D
Paulina: Jedziemy samochodem na tydzień do Londynu, a tata ma kolegę w Dover :)
Ja: Juhu! Czemu ja nie wiedziałam, co?  O.o
Paulina: To była niespodzianka dla mnie ;) Muszę kończyć, paa, buziaki! :*
Ja: Paaa! :*

    Moja kuzynka jeszcze nie skończyła rozmowy, więc słyszałam fragmenty kłótni. W końcu zakończyła rozmowę i wrzuciła telefon do torebki.
 - Niech się wypcha - parsknęła pod nosem. - Nic mu nie kupię...
 - O co chodzi? - zapytałam ostrożnie.
 - Został na jakiejś imprezie, o której nie miałam bladego pojęcia. Jeszcze stamtąd nie wrócił - westchnęła, żeby się uskopoić. - Ale i tak idziemy do centrum.
 - Spoko -  odpowiedziałam. - Paulina przyjeżdża do Dover na kilka dni. Potem jadą do Londynu.
     Znały się, bo w Polsce Ew mieszkała ulicę dalej, więc widywały się dość często. Zresztą, całkiem nieźle się dogadywały.
 - Serio? Miło będzie ją tu zobaczyć - uśmiechnęła się, a ja już wiedziałam, że nie powinnam poruszać dzisiaj tematu Nathana.
   Oczywiście, za parę dni znowu będą wielce zakochani, ale puki nie minie jej złość, wolę mieć "dziób na kłódkę".
    Kiedy dotarłyśmy do centrum handlowego, najpierw chodziłyśmy razem, a potem rozdzieliłyśmy się i każda poszła w swoją stronę. Kiedy tak oglądałam wystawy, zobaczyłam piękną sukienkę w kolorze morskim, na ramiączkach, ale z kwiecistym sweterkiem, który pasował idealnie do paska sukienki. Wedy spojrzałam na cenę, która była prawie trzy razy wyższa, niż mi się zdawało. Westchnęłam. Może wybłagam o nią na urodzniy, które są we wrześniu? Taki wcześniejszy prezent...
 - Ładna.
   Odwróciłam się i zobaczyłam chłopaka spotkanego wczoraj na plaży. Zszedł wzrokiem z sukienki i sporzał na mnie z uśmiechem.
 - Hej, Leondre! - powiedziałam.
 - Coś czułem, że jeśli gdziekolwiek cię kiedyś spotkam, to w sklepie - pokręcił głową, jakby nie wierząc, że przypuszczenie się sprawdziło.
     Zaczęliśmy iść w kierunku ławki pod fontanną. Fajna ta galeria!
  - Skąd te przypuszczenia? - uniosłam w rozbawieniu brew.
 - Dziewczyny zawsze są w sklepach - wzruszył ramionami.
 - Nie zawsze - sprzeciwiłam się ze śmiechem.
 - Ale prawie - zakończył temat. - Pamiętasz może, jak wspominałem o Charlie'm?
 - To ten, z którym miałeś się spotkać w S&I? - zapytałam, analizując rozmowę z wczoraj.
 - Tia... jest tu, więc mogę cię przedstawić - zaproponował, a ja kiwnęłam głową, więc wysłał mu SMS-a z informacją, gdzie jesteśmy.
 - Ej... a tak w ogóle, to gdzie wy mieszkacie? W sensie, teraz... w hotelu? - zapytałam.
 - Tak - odpowiedział. Tam w pobliżu zamku... - zaczął.
   Parsknęłam śmiechem.
 - Co? - zapytał zdezorientowany.
 - Wiesz, że apartamentowiec, w którym mieszka moja ciocia jest tuż obok?
 - Co za zbieg okoliczności - uśmiechnął się i wyciągnął telefon. - Na ile zostajesz w Dover?
 - Do połowy sierpnia - powiedziałam.
 - My wracamy pod koniec - poinformował. - Może dobrze by było wymienić się numerami?
 - Dobry pomysł - stwierdziłam, wpisując swój numer w jego komórce, podczas gdy on wpisywał się w mojej. - Ja jestem wolna niemal przez dwadzieścia cztery, więc możesz dzwonić i pisać, kiedy chcesz - uśmiechnęłam się.
 - Ty też - odpowiedział tym samym.
     W tej chwili Leo wskazał na blondynka obładowanego torbami i reklamówkami, mówiąc, że to Charlie. Ja z kolei spostrzegłam, że z drugiej strony idzie Ewela i powiedziałam brunetowi, że to moja kuzynka. Charlie i Ewelka zauważyli się i ku mojemu i Lea zdziwieniu powiedzieli w tym samym czasie, z uśmiechem:
 - Ewelina?
 - Charlie?
 - To wy się znacie? - Leondre uprzedził mnie w pytaniu. Był równie zdezorientowany, jak ja.

*Przeczytałaś/eś - zostaw komentarz*

wtorek, 19 maja 2015

Prolog


   Wiatr. A właściwie bryza morska. Szłam brzegiem plaży, więc co jakiś czas fale podmywały moje bose stopy. Trzymałam swoje niebieskie japonki w dłoniach i patrzyłam na ślady, które zostawiałam w piasku. Moje blond włosy falowały na wietrze, podobnie, jak biała sukienka, a słońce zapewne sprawiło mi już następne piegi.
 - Patrycja! - zawołała moja kuzynka, więc zmieniłam kierunek i ruszyłam w głąb plaży, szukając brązowej czupryny. Ewela siedziała na końcu u boku swojego chłopaka, Nathana. Nie przepadałam za nim, ale ostatecznie mógł być. Albo nie. Nie lubiłam go wcale.
     To był mój drugi dzień w Dover. Rodzice przywieźli mnie tutaj wczoraj, a sami wrócili do Polski. Siostra mamy, a moja ciocia, wraz z mężem i Eweliną przeprowadziła się do Anglii trzy lata temu. W zeszłym roku otworzyła restaurację Sweet&Ice, która jest niedaleko plaży. Sprzedają lody, shake'i, gofry itp. Innymi słowy - wszystko, co słodkie lub zimne, albo i takie, i takie. W Polsce ciocia też miała restaurację "U Zuzy"(tak, to imię cioci). Jestem w tym mieście pierwszy raz, ale mogłabym tu zostać.
     Dotarłam do dwójki na kocu i wzięłam telefon z ręki Eweli. Jej brązowe tęczówki wskazywały, że to jej mama.
 - Tak, ciociu? - powiedziałam do słuchawki.
 - Mogę cię na chwilkę zabrać z plaży? - zapytała ciocia.
 - Jasne - odpowiedziałam.
 - Nie spiesz się - rozłączyła się.
    Zaczęłam zbierać rzeczy z koca, domyślając się, że chodzi o przyjście dostawy. Zawsze lubiłam w tym pomagać, w przeciwieństwie do Eweliny. Ona wolała pomagać przy robieniu lodów, skąd mnie zawsze wyganiano z racji, że podjadałam.
 - Pati, kupisz lody? - zapytał Nat.
Słabo mówił po polsku, ale szło się dogadać.
 - Pewnie - odpowiedzialna z wymuszonym uśmiechem.
    Ten brunet o dzikich, niebieskich oczach zawsze wykorzystywał innych.       Skierowałam kroki w kierunku najbliższej budki z lodami. Przeszłam przez chodnik, który swoim ciepłem zmusił mnie do założenia butów. Ustawiłam się w kolejce. Na szczęście czteroosobowej. Przywykłam do okropnie długich. Ach tak... czekoladowe wyszły. Wybacz, Nat.
   Kiedy już miałam wracać, zaczepił mnie chłopak. Miał ciemne włosy i równie ciemne oczy. Posiadał dziecięcą twarz, ale był mniej więcej w moim wieku. No świetnie! Już dostałam nauczkę za nieuważanie na angielskim! Rzecz jasna, mnie, nie umiejącej skleić zdania trafia się rozmowa z Brytyjczykiem, pomyślałam.
    Zaczął mówić coś po angielsku, a ja pokręciłam głową i uniosłam dłoń na znak, żeby przerwał. Wyrecytowałam po angielsku wykute na blachę zdanie:
 - Powtórz proszę wolniej i wyraźniej, bo ja nie tutejsza - uśmiechnęłam się przyjaźnie. - Jestem z Polski, a mój angielski leży.
      Chłopak zaśmiał się. Może udało mi się to powiedzieć, albo on po prostu śmiał się z mojego słabego języka. Jak prosiłam, powtórzył wolniej i wyraźniej:
 - Wiesz może, gdzie jest restauracja Sweet&Ice? - zapytał.
 - Jasne - odpowiedzialna, mając nadzieję, że dobrym słowem. - To knajpka mojej cioci - dodałam.
 - Naprawdę? - zdziwił się, a ja kiwnęłam głową.
 - To tam, za pierwszym... - zabrakło mi słowa i z lodami w rękach próbowałam wyjaśnić, że chodzi o zakręt.
     Zrozumiał i poratował mnie, więc powtórzyłam i kontynuowałam:
 - Potem prosto i w lewo za takim wielkim drzewem - wyjaśniłam.
 - Dzięki - powiedział. - Leondre - przedstawił się i wyciągnął rękę.
 - Patrycja - przepraszającym spojrzeniem wskazałam na lody, więc uśmiechnął się i opuścił dłoń.
 - Miło poznać - powiedział zamiast tego.
 - Wzajemnie. Jak chcesz, mogę cię zaprowadzić do S&I, bo właśnie miałam tam iść.
 - Jasne, mam talent do gubienia się - stwierdził.
 - Musiałbyś tylko chwilę zaczekać, bo moja kuzynka i jej chłopak czekają na lody...
 - Zaczekam - odpowiedział.
     Szybko pobiegłam w stronę Eweliny i jej chłoptasia, zrobiłam, co miałam zrobić i wróciłam ze swoją torbą.
 - Szybka jesteś - zauważył, kiedy wróciłam.
 - Nie na tyle, na ile bym chciała - zaczęliśmy iść w stronę restauracji.
 - Mówiłaś, że jesteś z Polski - wypowiedział to dość powoli i wyraźnie.
   Kiwnęłam głową.
 - Więc... co robisz w Dover?
 - Jestem na wakacjach u cioci - wyjaśniłam. - A ty? Mieszkasz tu?
 - Nieee... też jestem jakby na wakacjach.
 - Jakby? - zaciekawiłam się.
 - Powiedzmy, że tu nie odpoczywam - odparł wymijająco. - Kontynuując odpowiedź na twoje pytanie, mieszkam w Port Talbot, ale podoba mi się tu.
 - Mi też - uśmiechnęłam się. -  Już prawie jesteśmy! - obwieściłam.
      Już dawno zeszliśmy z chodnika, który graniczył  piaskiem i schodziliśmy w dół w kierunku wielkiego klonu.
 - Myślałem, że to trochę dalej... - stwierdził jakby ze smutkiem.
 - Tak z ciekawości, po co się tam wybierasz?
 - Mój przyjaciel, Charlie powiedział, że tam jest - wzruszył ramionami. - Podobno fajne miejsce.
    Rozmawialiśmy aż dotarliśmy do S&I. Był to niewielki, biały  budynek z tarasem, na którym stały białe stoły i krzesła, również z drewna. Nad drzwiami zawisł szyld.
    Potem pożegnałam go "z nadzieją, że się jeszcze spotkamy", choć to mało prawdopodobne. On wszedł do środka, a ja udałam się na zaplecze. Odetchnęłam jednak z ulgą. Mój mózg pracował na pełnych obrotach, co jednak nie zmniejszyło radości z prowadzenia konwersacji w obcym języku.
W zasadzie, byłam święcie przekonana, że go więcej spotkam. A jednak...


*Ewelina*

    Zaledwie parę chwil po odłączeniu się od nas Patrycji, Nat musiał iść, więc udałam się do S&I. Pomogłam im, apotem wróciliśmy do domu. Mama poprosiła, żebym wyszła na spacer z Rocky, naszą akitą
   Spacerowałam i przyglądałam się przechodniom. W pewnej chwili Rocky zauważyła kota...
    Wyrwała mi się i goniłam ją aż do   okolic plaży. W końcu straciłam ją z oczu i po długiej próbie odnalezienia jej wzrokiem, usiadłam na krawężniku. Powinna wrócić, zna drogę, ale nie przepisy ruchu drogowego...
 - Twój pies? - zapytał jakiś głos, a ja podniosłam głowę.
   Stał przede mną wysoki blondyn o odstających uszach. Wydał mi się dziwnie znajomy. Od razu wzięłam od niego smycz i podziękowałam.
 - Po czym poznałeś? - zapytałam.
 - Widziałem z samochodu, jak za nim biegniesz. Zatrzymał się obok hotelu, w którym się zatrzymałem - powiedział.
 - Sam? - był góra rok starszy, więc mnie to nieco zdziwiło.
 - Z rodzicami, przyjacielem i jego rodzicami - wymienił.
 - Acha ... mam wrażenie, że już gdzieś cię widziałam...
 - Świat jest mały - rzekł.
 - Nie ważne, jak się nazywasz?
 - Charlie, a ty?
 - Ewelina - uśmiechnęłam się, a wskazując na psa dodałam: - A to Rocky.
 - Twoje imię brzmi trochę nieangielsko - zauważył.
 - Urodziłam się w Polsce i mieszkałam tam przez trzynaście lat swojego życia - wyjaśniłam.
 - Ale angielski ci idzie płynnie - uśmiechnął się.
 - Jakby cię dali do Polskiej szkoły w Polsce, to byłbyś zmuszony się nauczyć - stwierdziłam.
 - Może...
    W tej chwili zadzwonił mój telefon, więc odezwała się piosenka "Can We Dance". Nie zdążyłam odebrać, a nie miałam nic na karcie. To Nathan, więc raczej nic ważnego. A jakby, zadzwoni raz jeszcze.
 - The Vamps? - zapytał a ja skinęłam głową.- Widziałem ich na żywo...
 - A ja złamałam nogę w dzień koncertu - skrzywiłam się.
 - Ooo... podobno mają tu grać...
 - Nawet jakby, to nie mam z kim iść. Mój chłopak ich nie lubi a koleżanek nie ma - rozjechały się. Kuzynki z kolei nie puszczą.
 - Wybacz, ale muszę już lecieć - spojrzał na wyświetlacz telefonu i uśmiechnął się przepraszająco.
   Pożegnałam go i jeszcze raz podziękowałam za znalezienie psa.
    Wolnym krokiem zaczęłam wracać do domu.

*przeczytałaś/eś - zostaw komentarz*

~~~~~~~~~~~~~
   No, więc witam! Jestem Lumina Kitty Caroly Monroe Aquila, ale mówią mi w "internetach" Lusia - więc tak też będę się podpisywać. W świecie FF nie jestem nowa, ale w FF o zespołach owszem, bo jest to pierwsze, które ujrzy światło dzienne.
   NOto jest wstęp do mojego opowiadania\Fanfiction o Bars and Melody. Nie jestem wielką fanką, ale lubię chłopaków, a moja przyjaciółka (i imienniczka za razem) namówiła mnie do tego. Więc, Pati, proszę!
Mam nadzieję, że będziecie komentować...
Lusia